Imieniny:
Szukaj w serwisieWyszukiwanie zaawansowane

Rozrywka

2013.07.28 g. 18:24

Depesze w natarciu

Rzecz o koncercie Depeche Mode

Zawsze podziwiałem osoby, które należały do fanklubów rozmaitych zespołów muzycznych. Też mam swoich ulubionych wykonawców, jednak do żadnego klubu nigdy nie należałem.

Szczególnie fascynują mnie „depeszowcy” – miłośnicy zespołu Depeche Mode. Dzisiaj są może nieco mniej widoczni, ale jeszcze całkiem niedawno można było ich poznać po sposobie ubierania się: czarne kurtki, jasne (czasem białe) dżinsy, buty na grubej podeszwie. Istotna jest również fryzura, wzorowana na wokaliście zespołu, Davie Gahanie. Ponoć niektórym fryzjerom wystarczy powiedzieć „poproszę na depesza”, a oni już wiedzą, jak ostrzyc delikwenta. Co ciekawe, niemal na wszystkich stronach  internetowych, poświęconych muzyce zespołu, pojawia się „10 przykazań PRAWDZIWEGO DEPESZA”. Ten swoisty kodeks został stworzony w 1994 roku przez fanów z Polski, Czech i Niemiec. Na terenie naszego kraju rozpowszechniali go w tym czasie członkowie fanklubu Bong 8 z Czernicy.

 

Przed koncertem Depeche Mode w Warszawie. Fot. Dariusz Jerzu Niemczyński

 

Przed koncertem Depeche Mode w Warszawie.
Fot. Dariusz Jerzu Niemczyński

 

W swojej domowej płytotece mam kilka płyt Depeche Mode, ale nigdy nie byłem na żadnym koncercie zespołu. Do tej pory trzy razy występowali w Warszawie. Kiedy pierwszy raz, w 1985 roku, przyjeżdżali do naszego kraju, byli stosunkowo nieznani. Czwarta okazja nadarzyła się 25 lipca 2013 roku. „The Delta Machine Tour” jest siedemnastą trasą koncertową zespołu. Łatwo domyślić się, że jej celem jest promocja najnowszej, już trzynastej, płyty, która nosi nazwę „Delta Machine”. Kilka dni wcześniej niektóre media  stopniowały napięcie: pojawiały się artykuły na temat zespołu, emitowano wywiady (nawet te z dawnych lat) z członkami zespołu, wspominano poprzednie koncerty, odtwarzano piosenki zespołu. W dniu koncertu stacje radiowe cytowały treść mejli i esemesów, które nadchodziły od osób jadących na koncert z różnych stron Polski. Ba, nie tylko z Polski. Przed Stadionem Narodowym w Warszawie słychać było między innymi język rosyjski i węgierski. Widać było również wozy transmisyjne RMF FM.

 

Na początku koncertu na scenę wpadł wirujący Dave Gahan i zespół zaczął od „Welcome to My World”, pochodzącej z najnowszej płyty. Niemal wszyscy widzowie wyjęli kartki z napisem „Welcome to Poland”. Następne piosenki stanowiły mieszankę utworów balladowych („Walking in My Shoes”, „Precious”) z drapieżnymi (na przykład „Angel”). Nie zabrakło klimatycznego „Black Celebration” i przebojowego „Policy of Truth”. Utwory z poprzednich dwunastu płyt były przeplatane piosenkami nagranymi na najnowszej. Z tych ostatnich bardzo spodobała mi się „Soothe My Soul”.

 

Widać, że trio z Basildon znakomicie uzupełnia się. Klawiszowiec Andy Fletcher dyrygował publicznością. Martin Gore wspaniale zastępował Gahana, kiedy ten łapał oddech i zaspokajał pragnienie. Publiczności bardzo podobały się wykonane przez niego balladowe „Higher”, „Shake the Disease” czy „Home”. Obydwaj wokaliści w cudowny sposób nawiązali kontakt z widownią, która entuzjastycznie reagowała na ich dyrygowanie. Wystarczył drobny gest czy jedno słowo, a już widzowie wznosili ręce w odpowiedni sposób czy śpiewali. Szczególnie podczas „Never Let Me Down AgainDave Gahan wskazywał gesty, a kilkadziesiąt tysięcy osób posłusznie wykonywało je. Można wręcz powiedzieć, że – w połączeniu z ciut wcześniej wykonanym „”I Feel You” - utwór ten wprawił widownię w ekstazę. Mało tego: niektóre piosenki wręcz w całości zostały zaśpiewane przez zdecydowaną większość uczestników koncertu. Zauważyłem to choćby podczas „Enjoy the Silence” czy „Personal Jesus”.

 

Oczywiście, nie obyło się bez bisów. Wielkie zaskoczenie wywołało zaśpiewanie pierwszego, wielkiego przeboju zespołu „I Just Can’t Get Enough” - wykonywanego wtedy, gdy zespół składał się z czterech osób. Skoro jednak mowa o zaskoczeniu, to i chyba członkowie zespołu byli zszokowani żywiołowym przyjęciem ze strony publiczności. Przynajmniej takie miałem wrażenie.

 

Warto dodać, że etatowy skład zespołu został znakomicie uzupełniony przez klawiszowca Pedro Gordeno i perkusistę Christiana Eignera. Nie sposób również nie wspomnieć o pięknej oprawie wizualnej, którą przygotował Anton Corbijn. Niestety, po raz kolejny okazało się, że akustyka nie jest najmocniejszą stroną Stadionu Narodowego.

 

Mam mieszane uczucia, kiedy podczas koncertów gwiazd występuje tzw. support. Wiem, że zadaniem „przedwykonawców” jest rozgrzanie publiczności. Wiem, że często jest to dla nich okazja do zaprezentowania się szerszej publiczności. Dzięki temu bardzo polubiłem zespół The Killers, zacząłem poszukiwać płyt Oli Browna, spodobały mi się piosenki w wykonaniu Dawida Podsiadło. Czasem jednak przerwa między występem supportu a koncertem gwiazdy wieczoru – wynikająca choćby z konieczności przestawienia sprzętu – jest tak długa, że… publiczność zdąży wystygnąć.

 

Na szczęście w Warszawie przerwa była stosunkowo krótka. Zespół Depeche Mode zabrał ze sobą w trasę młode szkockie trio electro-popowe o nazwie Chvrches. Publiczność przyjęła ich bardzo życzliwie. Nie bez kozery: w nieznany dotąd sposób łączą oni muzykę elektroniczną z elementami hip-hopu oraz post-punku. Jeśli dodać do tego zmysłowy głos wokalistki, Lauren Mayberry, to wpisanie ich przez BBC Sound na listę najlepiej zapowiadających się debiutantów 2013 roku nie wydaje się bezpodstawne.

 

W trakcie koncertu Depeche Mode w Warszawie. Fot. Dariusz Jerzu Niemczyński

 

W trakcie koncertu Depeche Mode w Warszawie.
Fot. Dariusz Jerzu Niemczyński

 

Reasumując, muzyka usłyszana podczas koncertu i zachowanie fanów Depeche Mode oczarowały mnie. Coś mi się wydaje, że wybiorę się do Łodzi na kolejny koncert zespołu, zapowiadany na 24 lutego 2014 roku.

 

A zatem… do zobaczenia!

 

 

Depeche Mode - Personal Jesus LIVE,
Warszawa, 25.07.2013 r.
Opublikował open09er




Opublikowal: Michał Pawlik
-
Serwis oprogramował Jacek JabłczyńskiCopyright(c) 2002 - 2014 Fundacja Promocji m. st. Warszawy